Braterstwo
Zofia Kowerska - Bracia z wyboru - Tom II
Takie pojęcia Elżbiety pozostawiały Jerzego smutnym śmiertelnie. On i ona to były dwa światy.
Między nim a nią leżała przestrzeń tak wielka, jak od ziemi do gwiazd. Wielbił ją coraz głębiej, lecz coraz beznadziejniej, i przez chwilę zaznawszy jakiegoś niewyrozumowanego momentu nadziei, teraz był tem smutniejszy i tem bardziej zrozpaczony.
Powoli wchodziło mu w zwyczaj przebywanie wraz z Elżbietą przy łożu pani Dohoreckiej. Chora lubiła dźwięk jego głosu. Głośne czytanie jego uspakajało ją, tak jak czytanie panny Niewelskiej ją rozdrażniało. Pragnęła jego obecności. On jeden umiał ją unieść wyżej na poduszki, nie męcząc jej i nie dając jej widoku własnego wysiłku. Dla jego silnych ramion podźwignięcie jej wydawało się zabawką. Pani Dohorecka odczuwała też, że obecność Jerzego wlewała ukojenie w serce Elżbiety. Obie kobiety miewały uczucie, że im grozi coś złego, obie czuły się osamotnione. Z wejściem Jerzego do pokoju obawy te znikały. Było tak, jak gdyby wisiało nad niemi niebezpieczeństwo, które zażegnanem być mogło przez dzielnego obrońcę.
Jerzy wszakże mógł towarzystwu obu pań poświęcać tylko jakąś godzinę po zachodzie słońca i całą niedzielę. lanych dni był zajęty od świtu do wieczora i wtedy tęskniono za nim i oczekiwano, by nareszcie zapadł mrok.
To przebywanie przy boku Elżbiety miało swoją rozkosz i słodycz, ale miało też swoje niebezpieczeństwo. Jerzy miewał chwile, w których chciałby był, ukląkłszy, wielbić ją i modlić się do niej, i inne, w których opanowywało go szalone pragnienie porwania jej w objęcia. Czuł, że spoglądał na nią chwilami z namiętnością, która jej uwłaczała, i że głos jego drżał, gdy do niej przemawiał. Ogarniała go obawa, by jego wzruszenia nie spostrzegła; czasem myśli jego dochodziły do szaleństwa, gdyż nie mógł się powstrzymać od marzeń, które potem rozsądek jego potępiał.
Siła jego miłości przenikała Elżbietę. W jego obecności następowała w niej jakaś metamorfoza, z której nie zdawała sobie sprawy. Można było do niej zastosować stare porównanie o kwiatach, które otwierają kielichy ku słońcu. Piękność jej jaśniała chwilami aż oślepiającym blaskiem, w spojrzeniu miewała promienie, a dłonie, które Jerzy na pożegnanie ściskał, bywały gorące.
Od pewnego czasu weszło w zwyczaj, że ją w rękę całował. Do tej ręki pięknej i wykwintnej przykładał usta, jak do relikwii, wierne usta wielbiciela i kornego sługi; czasem wszakże usta te drżały i pałały ziemskim ogniem, który Elżbieta odczuwała wyraźnie i który u niej przeradzał się w poryw rozrzewnionego uczucia wdzięczności i przywiązania dla tego przyjaciela i pocieszyciela. Nie miała żadnego doświadczenia w miłości, z rozkazu księdza Maryana czytywała tylko wyjątkowe powieści i, pomimo wielkiej czujności sumienia, brała miłość czystą a silną za przywiązanie siostry. Nikt jej nie ostrzegł, nikt jej oczu nie
